Nagość. Potrafię pokazać cycki na imprezach, wystawić przez okno samochodu swój zacny tyłek i po domu dreptać mokra z obnażonym pępkiem po domu, kiedy to znowu zapominam ręcznika. Na szczęście wtedy nie ma moich trzech współlokatorów, mężczyzn w domu. Bo przed nimi nie lubię być nago. Przed sobą mogę, przed aparatem też mogę, przed kochankiem jak najbardziej mogę. Acz popadam z nagością w skrajności w skrajność. Wszystko zależy od moich nastrojów, no nie jestem jakoś specjalnie humorzasta, ale ten rudy typ tak ma. Ja tak mam. Czasem po prostu nie pokażę cycków i już. A jak nie trzeba to pokażę, o tak mam z nagością. Strasznie miło mi wtedy.
Lubię kawę bez cukru, kota Patata, swoją pracę (konsultantka telefoniczna), być fotopsują, rozmawiać z pewnym poetą i prozaikiem, czesać się w kitkę i malować paznokcie na niebiesko. Papierosy, czerwone, grube. Literaturę na świecie. Sowy i pingwiny. Jeździć stopem, dźwięk tamburyna, legnickie spektakle i kolczyki peruwiańskie.
A żeby to wszystko jakoś mieć wsobnie, co się lubi, to trzeba być w czymś wygodnym, no i trochę kolorowym i nie. Bo no tak to jest, że jak wygodnie, to nic nie ciśnie, nie przeszkadza w kiepowaniu do kubka po kawie czy rozkładaniu się do przyswajania dobrej lektury. No tak to jest, że jest luźno, to dobrze. Jest kolorowo, to jeszcze lepiej. Nie zwracam strojem na siebie uwagę na siłę, po prostu tak mi jest dobrze i już. Właśnie tak, w tym stroju.
Lubię tak strasznie, strasznie wiele rzeczy, spraw, ludzi.
Nie lubię kawy z cukrem. Papierosów, mentoli cienkich i węży.
Tę sukienkę zaprojektował mój przyjaciel, ale to nie o to chodzi. Przyjaciela lubię, ale to zawsze tak jest, że faceci to małą czarną i wtedy im się podoba, ochy i achy. A jak im się pokażę inaczej, czyli tak jak lubię, to już im się nie podobam. Tylko muszę być tak, dziewczęco, stroić się a ja taka nie jestem. Wymuszany dla mnie styl żebym była ładna dla czyichś oczu, to nie dla mnie. Bo po co, skoro mnie tak jest źle. W środku.
Nie lubię tak i już.